International Mini Meeting 2008 - Lelystad W Holandii 8~13 maj
GALERIA FOTEK ZE ZLOTU >>>
Już od kilku lat tradycją Mini Klubu Polska jest coroczna wyprawa na Światowy Zlot Mini, zwany w skrócie IMM (International Mini Meeting). W tym roku zaszczyt organizacji przypadł klubowi Dutch Mini People z Holandii.
Wyprawa do Holandii to ponad 1000 km więc przygotowania trwały od wielu tygodni. W tym roku wyruszyliśmy na zlot w bardzo licznej grupie (26 zapisanych załóg). Żeby godnie zaprezentować kraj i klub, wszyscy byliśmy ubrani w jednakowe okolicznościowe koszulki z logo zlotu i przerobionym holenderskim przysłowiem. Oryginał przysłowia brzmi: Ognisko domowe jest cenniejsze od złota, nasz wersja zlotowa to: Własne Mini jest na wagę złota. Hasło było napisane w dwóch językach (polskim i holenderskim). Dodatkowo każde auto było wyposażone we flagi holenderskie i polskie oraz małe naklejki w stylu rajdowym - flaga Polski i napis Mini Team Poland.
No ale czas napisać parę słów o podróży, którą rozpoczęliśmy w czwartkowy poranek 7.00, 8 maja. Miejscem zbiórki była stacja benzynowa w podkrakowskich Balicach, za bramkami autostrady A4. Ruszyliśmy w grupie trzech Mini + VW T5 kolegi, który akurat swojego Mini ma w remoncie. Na wysokości Chrzanowa dołącza kolejne Mini (jadące na lawecie). Pierwsza przerwa na kawę już w Katowicach na stacji BP, tutaj czeka na nas ekipa śląska w sile 3-ch Mini. Taką całkiem liczną grupą (6 Mini, laweta i VW T5) ruszamy z "tankszteli" (jak to mówią nasi koledzy ze Śląska) w kierunku Wrocławia.
No i zaczęły się kłopoty ... w Mini Mikołaja, którym ja też podróżowałem tłumik rozpadł się na dwie części (miał być wymieniany, ale nie było czasu), w aucie huk taki że trzeba do siebie krzyczeć a przed nami jeszcze cała podróż. Podejmujemy szybką decyzję - sprawne auta jadą dalej, a ja z Mikołajem wracamy do Krakowa, przepakujemy się do mojego Mini i gonimy resztę. Jak postanowiliśmy, tak zrobiliśmy. Ok. Godziny 11-ej już śmigaliśmy moją czerwoną strzałą w stronę Wrocławia mając ok. 3 godziny straty do pozostałych (banan nie schodził mi z twarzy, że jednak zabieram swojego Mini na zlot). Ekipa krakowsko - śląska dotarła do Wrocławia, gdzie dołączyły kolejne samochody. Postój we Wrocławiu trwał 2 godziny (m.in. z powodu wymiany termostatu w jednym grzejącym się Mini i braku pośpiechu z naszego powodu). Wszyscy spotkaliśmy się na granicy polsko-niemieckiej. W sile 11-tu pojazdów opuszczamy nasz kraj i kierujemy się na Berlin - Hanower.
Jazda autostradą jest wygodna i monotonna ... jednak nie w naszym przypadku. Prawie wszyscy mamy CB Radia więc jest wesoło. Co 200 - 300 kilometrów przerwa na tankowanie, WC i zawsze ktoś coś musiał kupić. Dodać muszę, że prędkość naszej kolumny to ok. 90-110 km/h więc ulubieńcami kierowców ciężarówek to my nie byliśmy :-). Nie wszyscy z nas potrafili dostosować się do zasad panujących na niemieckich autostradach, ale na szczęście obyło się bez konsekwencji i kolizji. Późnym wieczorem zatrzymaliśmy się na jednym z parkingów w okolicy Hannoveru. Po posiłku z kuchenki i wypiciu kilku symbolicznych piw, zmęczeni całym dniem podróży położyliśmy się do snu w .... naszych małych samochodach. Do tej pory nie wiedziałem, że w Mini zapakowanym do pełna (bagażnik i tylna kanapa) mogą spać na przednich fotelach dwie dorosłe osoby (w przypadku moim i mojego kolegi warunkiem było ustawienie rozkładanych krzesełek turystycznych wzdłuż foteli, tak żeby choć trochę je rozłożyć) Jedyną pociechą było to, że każda z załóg miała tyle samo miejsca.
W piątek rano obudziło nas mocne słońce. Po krótkiej toalecie, kawie, i szybkim śniadaniu ruszamy dalej, zostało raptem 400 kilometrów. Miniaki ruszyły szybko w drogę, 2 lawety z powodu dłuuugiego śniadania postanowiły że nas dogonią., zresztą nie pozostawiliśmy im wyjścia. Nasz pośpiech był uzasadniony, ponieważ na granicy holenderskiej czekał na nas nasz klubowy kolega, który swoim klasykiem wyruszył samotnie na IMM ze Świnoujścia. Do Holandii wjechaliśmy w liczbie 10 klasyków + VW T5. Kilkadziesiąt kilometrów za nami podróżowały jeszcze 3 lawety z klasykami, 1 Mini Cooper S i kilka klasyków z innych stron Polski.
Popołudniu dojechaliśmy na miejsce zlotu. Oczywiście nie obyło się bez ostrej wymiany zdań na temat tego czy czekać 3 godziny na resztę czy wjeżdżać mniejszą grupą, rozbić namioty i odpocząć po ciężkiej podróży. Koniec końców zwyciężył rozsądek ... czekamy. Czas wolny wykorzystaliśmy na zwiedzanie pobliskiego skansenu etnograficznego oraz doprowadzenie naszych samochodów do jako takiego wyglądu.
W piątek ok. 16-ej jesteśmy już w pełnej grupie i stajemy w ... kilkukilometrowej kolejce do wjazdu na teren zlotu. Auta mamy przystrojone we flagi polskie i holenderskie, wszyscy jesteśmy w jednakowych koszulkach, teren jest płaski, żar leje się z nieba, ale humory dopisują. Organizatorzy umilają nam oczekiwanie w kolejce rozwożąc wodę mineralną, my wspomagamy się delikatnie złocistym płynem i pchamy nasze autka bez odpalania silników.
Teraz trochę o miejscu zlotu. Zlot odbywał w Lelystad w Holandii na terenie samochodowego toru testowego w kształcie owalu. Wewnątrz tor posiadał szeroki pas asfaltowy na środku (można tam chyba robić zawody na 1/4 mili i profesjonalny tor do treningu bezpieczniej jazdy ze zraszaczami itp. W sąsiedztwie toru znajdowało się lotnisko dla małych samolotów z parkiem lotniczym, który można było zwiedzać. Lelystad to małe miasteczko ok. 80.000 mieszkańców a takiego toru testowego to możemy pozazdrościć ... ale do rzeczy .. olbrzymia większość wnętrza toru jest trawiasta, na której uczestnicy rozbijali swoje obozy. Zaraz po rozbiciu namiotów (był już wczesny wieczór ale nadal bardzo jasno) ruszyliśmy zwiedzać rozległy teren zlotu. Dziesiątki sklepów, w których można było kupić wszystko do Mini, sklepy z odzieżą, przypinki, zapinki, modele etc. Duży namiot ze sceną, park dla dzieci, stanowisko serwisowe z darmowymi przeglądami, namiot historyczny gdzie prezentowane były najważniejsze modele mini (oj było co oglądać) to tylko najważniejsze atrakcje.
Ponad tysiąc kilometrów nie pozostało bez wpływu na kondycję niektórych pojazdów. Mini Kasi i Marcina grzało się, ale to był najmniejszy problem. Marek z Katowic i jego imiennik z Włocławka cudem dojechali na miejsce. Pierwszy przez cały pierwszy dzień zlotu wymieniał łożysko i przegub a drugi uszczelkę pod głowicą. Obie naprawy zakończyły się sukcesem i koledzy mogli w końcu zakosztować atmosfery zlotu.
W piątkowy wieczór ruszyliśmy na imprezę w międzynarodowym towarzystwie, które poznaliśmy na wcześniejszych IMM-ach. Kiedy DJ skończył muzykę zaprosiliśmy wszystkich chętnych pod polskie namioty informując, że impreza trwa dalej. Teraz muzyka grała z samochodu i ku naszemu zdziwieniu w ciągu godziny bawiło się u nas grubo ponad 100 osób. My częstowaliśmy polskim piwem, Belgowie przynieśli swój złoty napój a Anglicy trunki własnej produkcji ... atmosfera była przyjacielska i bawiliśmy się świetnie. Imprezę próbowało zakończyć dwóch przedstawicieli organizatora, informując, że już późno (hahaha) i że ludzie nie mogą spać w sąsiedztwie (???). Odrobinę ściszyliśmy muzykę i zabawa trwała nadal.
W sobotę od rana ruszyliśmy oglądać wszystko wokół na terenie zlotu: sklepy, samochody ... (zdjęcia w galerii). Na zlot zarejestrowało się 1750 Mini z 99 klubów, reprezentujących 20 krajów. Mogliśmy zobaczyć wszystkie modele Mini przerobione na wszelkie możliwe sposoby. Wymienię tylko kilka: Paul Smith (Mini w paski) Kate Moss (wg jej pomysłu), Mini dźwig, Mini Camper (tak tak, camper na bazie małego Mini) Mini mikro (z jednym rzędem foteli), Mini limuzyna, Mini terenowe ... i tak bez końca można by wymieniać.
Oczywiście oprócz terenu zlotu zwiedzaliśmy też okolicę czyli Lelystad z pięknymi jachtami na Marinie, Amsterdam, pola pełne tulipanów, okoliczne wioski z typową i piękną holenderską architekturą.
Sobotni wieczór to kolejna impreza. Mini Klub Polska zdobył bardzo ważną nagrodę za .... najliczniejszy klub spoza kraju organizatora. Wprawdzie Anglików było więcej na zlocie ale przybyli oni z wielu klubów ojczyzny Mini, więc największym zagranicznym klubem na IMM 2008 był Mini Klub Polska!!!. Coroczną tradycją jest prezentacja Klubów połączona w wręczaniem pamiątek od każdego Klubu dla gospodarzy. W tym roku wręczyliśmy połowę felgi od Mini w barwach flagi holenderskiej na drewnianej podstawie. Po części oficjalnej był koncert na żywo, standardy muzyki rozrywkowej grał bardzo dobry zespół, po którym rolę zabawiacza pełnił DJ. Kiedy impreza osiągnęła swoje apogeum my już rozkręcaliśmy imprezę w naszym namiocie klubowym.
I teraz parę słów po co i dlaczego wielka impreza w polskim obozie. Dzięki niemieckim firmom z branży chemii przemysłowej CS Chemie www.cs-chemie.de oraz Industrietechnik www.industrietechnik.de, mogliśmy zamówić 50kg krówek z logo MKP i ww. firm, które to krówki rozdawaliśmy przez cały czas trwania IMM i w trakcie imprezy klubowej. W tym miejscu chciałbym również bardzo podziękować Kompanii Piwowarskiej (Tyskie - nasze najlpesze), która wsparła nasz wyjazd wypożyczając nam dwa namioty firmowe, stosowny zapas piwa i wsparła Klub dotacją. Dodajmy do tego, że nasi klubowicze: Wojtek z Gosią przywieźli ze sobą zapas kabanosów, ogórków, smalcu, grzybków i rysuje nam się obraz naszej bardzo udanej imprezy.
No więc w sobotni wieczór wokół naszego namiotu klubowego zebrało kilkaset osób z wielu krajów Europy. Częstowaliśmy piwem i .. czym chata bogata, grała muzyka i odbywał się konkurs picia piwa z lejka połączonego z rurą, do którego wlewano 2 piwa a następnie zawodnik pił je "na raz", generalnie świetna zabawa do późnych godzin nocnych. Lejek przyniósł chyba ktoś z belgijskiego klubu mini.
W niedzielę głównym punktem programu było bicie Rekordu Guinnesa w kategorii "Największa Parada Mini". Dotychczasowy rekord (973 Mini) został skutecznie pobity. Niestety nie pamiętam dokładnej liczby samochodów. Wieczorem odbyło się zamknięcie zlotu i po nieco spokojniejszej imprezie należało się wyspać przed drogą powrotną.
Poniedziałkowy poranek minął na spokojnym składaniu namiotów i pakowaniu, ok. godziny 10-ej opuściliśmy teren zlotu udając się w drogę powrotną. Założenie było takie, że wracamy tą samą trasą, przez Berlin - Wrocław. Już na samym początku nasz klubowy kolega Zbyszek odłączył się ponieważ chciał pozwiedzać miejsca, które sobie z żoną zaplanował, my ruszyliśmy w kierunku Berlina. Kilometry mijały dość szybko, nasza jazda autostradą była wyraźnie lepsza. Pomimo, że był poniedziałek, na autostradzie panował ogromny ruch spowodowany końcem długiego weekendu w Niemczech i usłyszeliśmy przez CB, że przed Berlinem jest 12 km korka, autostrada stoi z powodu poważnego wypadku. Podczas przerwy w podróży zdecydowaliśmy się ominąć zator skręcając na południe i dojechać do autostrady Lipsk - Drezno - Wrocław. Jak się kilka godzin później okazało zmiana ta miała duży wpływ na dalszy przebieg podróży mojej, Mikołaja i Michała, który jechał sam swoim Mini.
Na wieczornym postoju w okolicach Drezna, popatrzyliśmy na mapę i stwierdziliśmy że noc w Pradze, będzie ciekawsza od nocy na trasie Drezno - Kraków. Jak pomyśleliśmy tak zrobiliśmy i w sile 3 osób w 2 Mini w Dreźnie odbiliśmy na południe w stronę stolicy Czech. Reszta ekipy pojechała w stronę Polski. Kiedy na następny dzień nasi koledzy opowiadali jak nad ranem dotarli do Krakowa cudem unikając zderzenia ze stojącą na środku barierą na A4 na odcinku Katowice - Balice, a kolejna załoga dzień później wpadła w barierę uszkadzając samochód to nasz wybór był wprost idealny bo my tuż po 23-ej w poniedziałek spacerowaliśmy po Pradze w poszukiwaniu lanego Staroparmena. Oczywiście poszukiwania zakończone zostały sukcesem.
I jeszcze słowo o załodze, która odłączyła się na początku drogi powrotnej, żeby pozwiedzać. W ich samochodzie uszkodzeniu uległo mocowanie tylnego wózka i auto nie nadawało się do dalszej jazdy. Na szczęście jeden z kolegów jadących z lawetą, na której miał sprawne własne Mini, wrócił się po nich ponad 300 km i po dokonaniu wymiany aut wrócili razem do Polski.
Tak oto pomimo awarii i kolizji zaliczyliśmy wspaniałe 5/6 dni przejeżdżając po Europie 3000 km naszymi małymi piekielnymi pudełkami. Pogoda przez cały czas była wymarzona, słońce i temperatura dochodząca momentami do 30-tu stopni. Za rok jedziemy do Birmingham gdzie przy okazji IMM 2009 będzie obchodzone 50-cio lecie rozpoczęcia produkcji Mini ... będzie się działo.
pozdrawiam
Tomasz "Beny" Bednarczyk
|